środa, 27 listopada 2013

Krzyczący gangster i uprzejmie broczący szermierz. Dobrej nocy Normal.

     Mogła byś zakładać, że po takim wieczorze i podróży, spokojnie wrócę do hotelu i pójdę spać. Nic bardziej mylnego. Zaproszenie od Dennisa zobowiązywało. Usiedliśmy więc w szóstkę. Bardzo dziwna grupa. Mnie znasz, więc i wiesz, jak bardzo czułem się dziwny pośród tych amerykanów. A oni ... ech.

     Pierwszym jest Dennis Summers. Jest robotnikiem budowlanym i byłym zawodnikiem tutejszej drużyny. Nie wiem jeszcze w co grał i kogo reprezentował. Niestety kontuzja wyłączyła go z aktywnego uprawiania sportu. Jego ojciec pełni zaszczytną funkcję przewodniczącego związków zawodowych w fabrykach Mitsubishi-Motors w tym mieście. Uśmiałem się do łez, słysząc o tym. Po za tym, to bardzo spokojny człowiek. Zawsze szuka kompromisów. No ... prawie.

    Obok - Rebeca Rothchild - wydaje się być osobą z jakiejś arystokratycznej rodziny. Jest też skrzypaczką. Uciekła z domu. Powodów oczywiście nie podała. Miało to pewną wagę podczas dalszych wydarzeń tej nocy. Nie jestem pewien, czy ma powody do aż takiego zadzierania nosa w związku z tym.

   Brzytwa to wielki blondyn facet z wytatuowanymi iksami na szyi oraz przedramionach. Jest szefem ochrony jakiegoś zespołu metalowego. Ma też ciekawe zasady. Na przykład - zabronił nam pić alkohol, palić papierosy i używać narkotyków w pobliżu siebie. Łaskawie darował nam dwie kolejne - nie jedzenie mięsa i brak przygodnych stosunków seksualnych. Odnoszę wrażenie, że nie są to zbyt trudne do spełnienia próby. Jak sam stwierdził ma też jedną zasadę, z którą ma jeszcze problem. Brzmi ona: "Unikać przemocy". Dobra zasada, dla szefa ochrony. Jak można mieć z nią problem?

     Terrenz to czarnoskóry przyjaciel Dennisa. Dość dziki i nieokrzesany. Nieźle śpiewa. On też ma problem z Szóstą Zasadą Brzytwy.

     Ostatnim jest Robert Gray. Dość milczący podróżnik. Bardzo grzeczny, choć okropnie migający się od jakiejkolwiek życiowej odpowiedzialności. Przykład człowieka, dla którego wolność i samostanowienie, są najwyższymi wartościami. Nie do końca wiem, jak można produktywnie przeżyć tak życie i zostawić coś po sobie. On jednak zdaje się mieć inne priorytety.

    Gadaliśmy dłuższą chwilę u Dennisa, gdy padł pomysł, by udać się do jednego z tutejszych klubów, pobawić się nieco. Wyobrażasz sobie imprezę w tym składzie? Drętwota. Brzytwa pożarł się z gościem o ksywie Red Tonny. Okazał się właścicielem i musieliśmy sobie pójść. Chyba tylko Terrenz nie tracił dobrego humoru. Nam zważyła go ostatecznie wiadomość od Rebecki, że jej kuzyn jest pod miastem i że musimy z nim porozmawiać. Najwyraźniej bydlak ją szantażował. Pojechaliśmy tam. Spokojny Dennis Summers przetłumaczył mu szybko, na czym polegają zachowania prorodzinne. On też miał chwilami ewidentne problemy z Szóstą Zasadą Brzytwy. Dopilnowałem, by się nie rozpędził. Potem już grzecznie wróciliśmy do Dennisa. Był świt. Na nogach od 34 godzin. Witaj Ameryko. 

sobota, 16 listopada 2013

Festiwal

     Nie do końca wiedziałem czego spodziewać się po takim festiwalu. Podobno jego zasadą jest to, że wystawiane są tylko rzeczy jeszcze nie pokazywane. Świeże dzieła artystów i rękodzielników. Nie zatrzymywałem się jednak by popatrzeć. Festiwal miał trwać cały tydzień. Jechałem przez miasto a potem przez podmiejskie pola zastawione namiotami. Gdzieś w oddali była scena. Zmierzałem wedle GPSa w miejsce, gdzie ponoć niegdyś był nasz dom. Im byłem bliżej, tym bardziej czułem, że go już nie znajdę. Została tylko ta wierzba a wszędzie dookoła stały namioty. Opodal rozstawiono scenę. Jacyś wandale ryli w korze durne napisy. Podjechałem mając nadzieje, znaleźć choć zarys miejsca, choć jakiś przebłysk. Wtedy właśnie pojawiła się dwójka z którą jak się okazało, mam spędzić dobę a kto wie, czy nie znacznie więcej czasu.
     On, jak na nasze standardy wysoki, choć ode mnie trochę niższy. Wysportowany, z podróżnym kosturem w rękach i wielkim plecakiem. Ona, jasnowłosa i godna, z równie wypchanymi tobołami i pokrowcami na skrzypce. Wyglądali na wędrownych artystów, performerów, których w mieście było zapewne pełno. Nie dane mi było jednak porozmawiać ...
     Pojawili się niczym zjawy. Jakby wyszli z powietrza z miejsca, w którym nikogo nie było. Dwoje garou. Stałem przygotowany do walki, nie wiedząc kim są, po której stronie sporu staną. I czy przypadkiem nie są Władcami Cieni. Wypadało się jednak przedstawić. Żadne z nich nie podało swojego imienia ale najwyraźniej też dopiero co przybyli. Byli obcy. Niekulturalni, co jednak było do wybaczenia w świetle sytuacji, która zaczęła rozgrywać się przed nami. 

     ... bo wtedy zaczął się koncert. Ryknęły ciężkie dźwięki. Solidny mocny metal. Jednocześnie przez wzgórza przejechały półciężarówki wyładowane uzbrojonymi w strzelby. Stałem w pobliżu drzewa, trochę poza główną osią konfliktu, który natychmiast się wytworzył. Z jednej strony owi najeźdźcy z drugiej strony uczestnicy festiwalu z rurkami namiotowymi w rękach. W trakcie gdy ja zastanawiałem się, gdzie jest policja i jak możliwe jest tak wielkie nieposzanowanie prawa, jakiś mężczyzna w czerwono-białej kurtce zespołu footbolowego zaczął dyskutować za pomocą mikrofonu z odszczekującym się przez megafon liderem napastników. Wynikało z niej, że owa trzydziestka to Gratzówie i że zaginęła jedna z nich - niejaka Jeny. Głowa rodziny Gratzów wystosowała szantaż - albo jego córka znajdzie się w ciągu kwadransa, albo zaczną strzelać do ludzi.
    Zamieszanie, było przeogromne. Towarzysz z kosturem próbował uspokoić Gratzów. Stałem na scenie z Rebecą i Denisem, próbując dowiedzieć się, co się w zasadzie dzieje. Niejaki Brzytwa, chyba ochrona zespołu czterech dziewczyn obiecał ostatecznie uspokoić Gratza. My mieliśmy szukać dziewczyny w Umbrze.
     Sam nie do końca wiem, jak to się stało, że z owym sportowcem (ma na imię Dennis Summers) oraz jego czarnoskórym przyjacielem Terrensem, ruszyliśmy na poszukiwania Jeny i jak znaleźliśmy ją w pobliskim lesie. Dużo w tej sprawie zrobiła Rebeca (owa skrzypaczka) a i Dennis okazał się bardzo godnym towarzyszem choć ... w zupełnie inny sposób niż mogłabyś pomyśleć.
     Stara wierzba była klatką. W jej ustach zamknięta była młoda dziewczyna, pokryta znakami, jakie pokrywały korę drzewa. Obok drzewa zaś stał Diabeł. Rozmawiał i ... paktował z Rebecą. Miesiąc opieki nad drzewem w zamian za pomoc sześciorga garou. Nie przeszkadzałem Srebrnej pakować się w bagno paktu, nad którym nie miała kontroli. To był jej pakt. Coś tam jednak osiągnęła. Zgodził się przeprowadzić dziecko na drugą stronę. Wcześniej nakarmiła wygłodniałe, zasuszone drzewo mocą łani. Nam przypadło w udziale zadanie ukarania zmory, która żerowała nad tłumem.     
     Była w ciężkim stanie. Jej twarz i ręce zdobiły blizny, które zrobił jej oprawca. Poruszała się z trudem, była w szoku i nic nie pamiętała. Ani tego, kto zrobił jej taką krzywdę, ani nawet - co się stało. Podejrzewam najgorsze. Odprowadziliśmy ją do domu. Poszedł z nami Brzytwa, który w międzyczasie doprowadził do tego, że Gratzowie odjechali w pokoju. Radość rodziny, była godna opisania ...
     Stary Gratz patrzył nieco gniewnie. Wiedział jednak, komu zawdzięcza ocalenie córki. Wiedział też o Garou. Kim był? Kim była cała rodzina? Co znaczyło, że "przeżyła coś specjalnego"? I dlaczego Red Tony układał się z tymi popaprańcami? Krew spływająca z klatki piersiowej Brzytwy dużo mu powiedziała. Atmosfera była nieco napięta. Jednak odeszliśmy w pokoju. Dennis zaprosił nas do siebie. 
po wszystkim Dennis zaprosił nas do siebie. Właśnie siedzimy w piwnicy, w której urządzono siłownie. A ja zastanawiam się, jakim cudem znalazłem się tu z samymi ekologami. Bo wszyscy chcemy uratować to stare drzewo. Choć na pierwszy rzut oka, tylko ja mam sensowny powód...



poniedziałek, 28 października 2013

Ślepiec

     Ilu amerykanów przeszło ceremonię gempuku? Zapewne niewielu, bo i niewielu młodych Japończyków ją przechodzi. Moja szkoła - Mitsubishi Gakko, należała do najbardziej tradycyjnych, a i tak ledwie dwóch moich kolegów przeszło prawdziwą, tradycyjną ceremonię. Czy to oznacza, że jestem Japończykiem? Och nie. Nie mam obywatelstwa, mierzę 185 cm i jestem biały z okrągłymi oczami. Nie mogę być więc Japończykiem, ile bym nie wiedział o kulturze, obyczajach i zasadach. Nawet przestrzegając bushido. Bo właśnie owe zwyczaje mówią, że nie jest to możliwe. A jednak niektórzy, godni sensei, przyjęli mnie jak swojego, ucząc drogi. Okazałem się nie dość bystry.

     Chicago rozczarowywało. Wykonałem jeden telefon, przedstawiając się elegancko. Nie użyłem jednak obu imion. Napisałem obu? Jestem Jacob Evans. Jestem też "Szukający Słońca o Północy". To oczywiście uproszczenie na potrzeby amerykanów. Miła pani sekretarka zapisała mnie pewnie gdzieś na karteluszku. Skąd więc upokarzający rząd pomyłek, który nastąpił w Normal?


     Nikt po mnie nie wyszedł. Taksówką pojechałem do hotelu. Po drodze mijając ciekawy widok. Jak można stracić powietrze w dwóch oponach na raz?

Zielone mitsubishi pędziło poprzez miasto prowadzone pewną, kobiecą ręką. Stojące gdzieś przy drodze rodzinne auto tej samej marki z kapciami na dwóch kołach wywołało wątpliwość. "Niektórzy mają pecha" odpowiedziała dziewczyna. Mknęli dalej, zanurzając się w coraz gorszej dzielnicy. Dopiero wspomnienie o motocyklu wywołało szczere emocje. Grała. Przed amerykano-japończykiem? Nie wiedziała jak się zachować? I kto wpadły na to, by wynajmować dla niego mieszkanie w takiej dzielnicy? Zapewne kolejna zamierzona obraza zza oceanu. Kolejna zemsta. Na szczęście zimna krew pomagała zachować godność nawet w takiej sytuacji.

     W pokoju nie było wygód. Ale też ich nie potrzebowałem. Jednak kawa z ekspresu była pewnym zbytkiem na który liczyłem. Bardzo się zawiodłem. Nawet prysznic był za gorący.
 - Mogę teraz albo sobie pójść i zostawić Cię tutaj, byś się wykąpał i odpoczął i przyjadę po Ciebie gdy będziesz gotów ... albo poczekać aż się umyjesz i w tym czasie zrobić Ci kawę. - czuł, że wolała zostać. Pozycja, uśmiech i ton były wręcz zaproszeniem do flirtu.

- Kawa brzmi świetnie - odpowiedział. Zostawiając walizkę w pokoju zakodował ją na wszelki wypadek. Jednak płynąca woda znowu przyniosła wspomnienia wodospadu. Ostatnich słów. Twarzy sensei. Obu. Pistolet wypluł srebrną żmiję, która ugodziła go w bark brutalnie przywracając do rzeczywistości. Podchodziła, by upewnić się czy zwinięty w brodziku żyje. Rzeczywistość jest przereklamowana. Płynąca, błyszcząca woda odbijała zbolałą twarz. Jednak w oczach gorzała wściekła świadomość. Mimo rany odsuwał ból. To proste, gdy posiada się odpowiednie Dary. Tym razem przejście do Penumbry było idealnie proste. Trwało ułamek sekundy. Nie zdołała zareagować, dobić.  Świat duchów wyglądał paskudnie. Taka dzielnica. Niedoszła zabójczyni przeszła w innym pomieszczeniu. Najpierw mierzyli się wzrokiem jako dwa futrzaste monstra. Była Władczynią Cieni. Boleśnie przekonał się, iż dysponowała darem Nieprzeniknionej Aury. Pierwsza wróciła do ludzkiej postaci. Nie atakowała. Dał jej myśleć, rozważyć. W końcu rzucił - Czyżbym utrudnił Twoje gempuku?
Długo nie odpowiadała.
- Zostawiłam Cię konającego w brodziku, przekonana, że nie żyjesz. Masz tydzień, by dowiedzieć się dlaczego i naprostować wszystko. Potem dokończę.  
Czemu? Czy to próba? Czy może pokazał się jako wystarczająco godny by żyć, bo nie dał się zabić od razu? Niewiele sensu był w stanie wyciągnąć zarówno z samego faktu ataku, jak i z darowania mu walki o życie. Tydzień ... Za tydzień tak on, jak i Murakumo no Tsurugi będą gotowi. Mogła sobie być Władczynią Cieni. On był Hakken Garou.  

     Umyty, pojechałem do pierwszego z brzegu salonu Mitsubishi. W końcu trzeba zdobyć jakiś środek lokomocji. Tam dowiedziałem się, że te dwa kapcie, to był wysłany po mnie kurier. Nie reagowałem na te rewelacje. Wyjechałem ślicznym, nowiutkim motocyklem Mitsubishi z limitowanej serii.


     Będąc w ten sposób choć trochę niezależnym, ruszyłem najpierw zobaczyć dawny dom mojej rodziny. I wtedy dowiedziałem się o Festiwalu ...


Obcy w obcym kraju

Jeszcze nie opuściłem Tokio a już czułem się obcy. Właściwie, od pewnego czasu dawano mi to bardzo wyraźnie do zrozumienia. Gaijin. Przybysz nie znający zasad ... choć przecież nie opuszczałem wyspy od osiemnastu lat. Małymi kroczkami wraz z tłumem japończyków dotarłem do ruchomych schodów tokijskiego lotniska. Szara marynarka z pyszniącym się na nim czerwonym znakiem szkoły mitsubishi leżała jak druga skóra. Neseserek z podobnym logiem nosił się jak nigdy. Nawet smartfon miałem omarkowany. Hamburgejros usłyszałem pomimo słuchawek w uszach. Głośni, grubi, niezdyscyplinowani. Wycieczka przepychająca się na schodach jadących w dół. Drwiące spojrzenie ostatniego, mówiące wiele o tym, jak bardzo obcy będę po drugiej stronie oceanu.
Z góry rozciągał się widok oceanu. Twarde kamienie wbijały się w w nogi. Oczy to przymykały się, to otwierały. Był to jednak jedyny ruch na który mogłem sobie pozwolić. Na hali niżej, za moimi plecami sensei ćwiczył kata. Słyszałem jego kroki i świst tnącego powietrze ostrza. Nie znałem tego układu. A jego nie powinno tu być. Czemu Hakken Garou zaprosiły człowieka, chyba nawet nie krewniaka na Gempuku?
Dubaj był ognistym piekłem. Moment przejścia pomiędzy przyjemnym samolotem a klimatyzowanym autokarem zawstydzał. A było to ledwie kilka kroków po schodach. I jakże inne było też lotnisko. Dopiero tu mogłem poczuć się kimś na miejscu. Ludzie każdej rasy i kultury mijali się o centymetry od siebie. Koegzystowali. Wymieniłem nawet kilka grzecznych słów z jednym czarnoskórym. Nie czułem się obco. Dwadzieścia sześć minut poczucia wspólnoty i lot do Chicago. Pod zmrużonymi oczami przepływały obrazy. W ciężkich słuchawkach, które jednak idealnie izolowały od innych, mknęła czarna muzyka.

Czy można być białym japończykiem słuchającym czarnej muzyki? Wedle słów Jonatana Evansa, pułkownika USARJ, był tylko jeden kraj w którym było to możliwe - mistyczne i odległe Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, które zaszczycą mnie możliwością stąpania po ich piasku już za kilka godzin. Dlaczego więc nie cieszyłem się? Dlaczego ten kraj cudów i wolności, kraj przodków, rodziny jawił się jako nieznośna powinność i obowiązek? Och, wiedziałem aż za dobrze.
Wodospad huczał jednostajnie zagłuszając spokojne oddechy. Nieliczne lampiony zapalone w martwych kamieniach ku czci przodków, zapalone specjalnie na tą okazję. Dyrektorzy, kierownicy, nagrodzeni pracownicy oraz najzdolniejsi uczniowie mitsubishi razem, wspólnie medytowali. W moje plecy wbite było zagniewane spojrzenie. Siedziałem przecież w niewłaściwym miejscu. Dla niego. Dla mnie było tym najważniejszym. Dłoń oparta o trawę ważyła dziesiątki kilogramów, gdy starałem się przesunąć ją choć o milimetr w prawo. Może tam znajdowała się już Jej dłoń? Spojrzenia ku sobie, bez odwracania głowy. Byle dostrzec choć zarys twarzy. Odczytać strzęp emocji. Znak. Młodzieńcza brawura walczyła z odpowiedzialnością. Ta pierwsza odniosła małe zwycięstwo. Jedno zdanie. "Będę studiował w stanach". Kołatanie serca, czy aby nie było to za głośno. Czy szept nie przebił się aby przez łomot wody. "Wiem". Tylko tyle. I samotna kropla, która jakimś cudem doleciała z wodospadu by spocząć na jej policzku. Nieformalnie zaciśnięte wargi. Zawstydzające wilgotne oczy. Godny pogardy brak kontroli. Wychowanie zwyciężyło. Niby medytowaliśmy. Ona była mądrzejsza. Gdy wstaliśmy. Gdy zapanowało małe zamieszanie. Przez krótką chwilę poczułem w dłoni dłoń. Potem zaś dotyk stał się tylko wspomnieniem. Na palcach pozostał jedynie zasuszony, delikatny kwiatek wiśni.