poniedziałek, 28 października 2013

Obcy w obcym kraju

Jeszcze nie opuściłem Tokio a już czułem się obcy. Właściwie, od pewnego czasu dawano mi to bardzo wyraźnie do zrozumienia. Gaijin. Przybysz nie znający zasad ... choć przecież nie opuszczałem wyspy od osiemnastu lat. Małymi kroczkami wraz z tłumem japończyków dotarłem do ruchomych schodów tokijskiego lotniska. Szara marynarka z pyszniącym się na nim czerwonym znakiem szkoły mitsubishi leżała jak druga skóra. Neseserek z podobnym logiem nosił się jak nigdy. Nawet smartfon miałem omarkowany. Hamburgejros usłyszałem pomimo słuchawek w uszach. Głośni, grubi, niezdyscyplinowani. Wycieczka przepychająca się na schodach jadących w dół. Drwiące spojrzenie ostatniego, mówiące wiele o tym, jak bardzo obcy będę po drugiej stronie oceanu.
Z góry rozciągał się widok oceanu. Twarde kamienie wbijały się w w nogi. Oczy to przymykały się, to otwierały. Był to jednak jedyny ruch na który mogłem sobie pozwolić. Na hali niżej, za moimi plecami sensei ćwiczył kata. Słyszałem jego kroki i świst tnącego powietrze ostrza. Nie znałem tego układu. A jego nie powinno tu być. Czemu Hakken Garou zaprosiły człowieka, chyba nawet nie krewniaka na Gempuku?
Dubaj był ognistym piekłem. Moment przejścia pomiędzy przyjemnym samolotem a klimatyzowanym autokarem zawstydzał. A było to ledwie kilka kroków po schodach. I jakże inne było też lotnisko. Dopiero tu mogłem poczuć się kimś na miejscu. Ludzie każdej rasy i kultury mijali się o centymetry od siebie. Koegzystowali. Wymieniłem nawet kilka grzecznych słów z jednym czarnoskórym. Nie czułem się obco. Dwadzieścia sześć minut poczucia wspólnoty i lot do Chicago. Pod zmrużonymi oczami przepływały obrazy. W ciężkich słuchawkach, które jednak idealnie izolowały od innych, mknęła czarna muzyka.

Czy można być białym japończykiem słuchającym czarnej muzyki? Wedle słów Jonatana Evansa, pułkownika USARJ, był tylko jeden kraj w którym było to możliwe - mistyczne i odległe Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, które zaszczycą mnie możliwością stąpania po ich piasku już za kilka godzin. Dlaczego więc nie cieszyłem się? Dlaczego ten kraj cudów i wolności, kraj przodków, rodziny jawił się jako nieznośna powinność i obowiązek? Och, wiedziałem aż za dobrze.
Wodospad huczał jednostajnie zagłuszając spokojne oddechy. Nieliczne lampiony zapalone w martwych kamieniach ku czci przodków, zapalone specjalnie na tą okazję. Dyrektorzy, kierownicy, nagrodzeni pracownicy oraz najzdolniejsi uczniowie mitsubishi razem, wspólnie medytowali. W moje plecy wbite było zagniewane spojrzenie. Siedziałem przecież w niewłaściwym miejscu. Dla niego. Dla mnie było tym najważniejszym. Dłoń oparta o trawę ważyła dziesiątki kilogramów, gdy starałem się przesunąć ją choć o milimetr w prawo. Może tam znajdowała się już Jej dłoń? Spojrzenia ku sobie, bez odwracania głowy. Byle dostrzec choć zarys twarzy. Odczytać strzęp emocji. Znak. Młodzieńcza brawura walczyła z odpowiedzialnością. Ta pierwsza odniosła małe zwycięstwo. Jedno zdanie. "Będę studiował w stanach". Kołatanie serca, czy aby nie było to za głośno. Czy szept nie przebił się aby przez łomot wody. "Wiem". Tylko tyle. I samotna kropla, która jakimś cudem doleciała z wodospadu by spocząć na jej policzku. Nieformalnie zaciśnięte wargi. Zawstydzające wilgotne oczy. Godny pogardy brak kontroli. Wychowanie zwyciężyło. Niby medytowaliśmy. Ona była mądrzejsza. Gdy wstaliśmy. Gdy zapanowało małe zamieszanie. Przez krótką chwilę poczułem w dłoni dłoń. Potem zaś dotyk stał się tylko wspomnieniem. Na palcach pozostał jedynie zasuszony, delikatny kwiatek wiśni.   

4 komentarze:

Airis pisze...

Jednego czytelnika już masz. Będę tutaj zaglądać, wywierając z drugiej strony świata presję, żeby nie skończyło się na tym pierwszym wpisie i żeby historia - a będę wiedzieć na jakim jest etapie! - była na bieżąco opisywana.

Skała pisze...

Pierwszy raz czytam bloga ze swoich sesji :) Fajnie się miesza to co "się wydarzyło" z inwencją autora. Oczywiście będę czekał na więcej :)

Bajarz pisze...

Kop ile wlezie, jak się nie będę spisywał. I czytaj krytycznie.

szarotka pisze...

Bardzo ładnie napisane, też będę czytelniczyć, a co. Jestem z Ciebie dumna, że wyrobiłeś się pisarsko (i z siebie, że poniekąd też przyłożyłam do tego łapy). Co do kolejnego wpisu - jakaś tam krytyka na Ciebie spadnie, ale nic przesadnego :)